Od marketing managera do nauczyciela jogi.

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Share on linkedin

Dokładnie 10 lat temu poszłam na swoją pierwszą lekcję jogi. Pamiętam rozmowę z kolegą z pracy (w kuchni przy ekspresie do kawy), który mi powiedział, żebym spróbowała jogi i podpowiedział mi na czyje zajęcia się wybrać.

Czasem słyszę, że ktoś wybrał jogę, bo w jego życiu działo się coś niedobrego. Narastające poczucie braku sensu, przytłaczająca codzienność, ogromny stres i szukanie sposobów na poradzenie sobie z nim, obniżone poczucie nastroju utrzymujące się dłuższy czas.


Kiedy poszłam na swoje pierwsze zajęcia jogi byłam w jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia. Na początku maja 2010 w wypadku na motorze zginął człowiek, z którym planowałam całe swoje życie.

Budzisz się rano wcześnie, dajesz porannego buziaka najbliższej ci osobie i po cichu wychodzisz z domu, żeby jej nie obudzić. I nie masz pojęcia, że to jest ostatni raz kiedy ją widzisz. Potem było ciemno i zimno. Długie miesiące traumy, leki, psychoterapia, alkohol. Zagłuszanie rzeczywistości na wiele sposobów. Nie pamiętam moich pierwszych, ani kolejnych zajęć jogi. Tak, jak nie pamiętam wielu rzeczy z tego okresu. Ale jestem pewna, że joga była jednym z najbardziej transformujących doświadczeń mojego życia i że wtedy zaczął się we mnie proces, którego efektem była ogromna przemiana.

Pracowałam wtedy w IT, w niewielkim software house, Applicake. To był czas kiedy ten świat w Polsce zaczynał się właśnie rozwijać w niesamowitym tempie. Nowe technologie, nowe umiejętności, morze inspiracji, ogromny rozwój. Pracowałam w niezwykłym zespole z niesamowitymi i piekielnie zdolnymi ludźmi. Applicake szybko stał się firmą, o której słyszał chyba każdy programista w Polsce. Mieliśmy bardzo mocny wizerunek marki, międzynarodowych klientów, robiliśmy eventy dla programistów o globalnym zasięgu i stworzyliśmy piękne biuro w centrum Krakowa.

Applicake był moim drugim domem, a ludzie, z którymi pracowałam – drugą rodziną. To w dużej mierze dzięki nim mogłam utrzymać się na powierzchni, kiedy wszystko się zawaliło.

Kolejne lata to mój najintensywniejszy okres pracy zawodowej. Praca wypełniła całe moje życie, ale cały czas miałam to wspaniałe poczucie rozwoju. Nowe wyzwania, nowe umiejętności, nowe specjalizacje. Byłam marketing & project managerem. Organizowałam międzynarodowe konferencje i eventy dla programistów. Zajmowałam się marketingiem online, z którego prowadziłam zajęcia na studiach podyplomowych.

Pamiętam, z tego okresu wystąpienie Steve’a Jobsa na Uniwersytecie Stanforda. I jego słowa “have the courage to follow your heart and intuition”. Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że to było małe ziarenko, które się wtedy we mnie zasiało.

W 2013 r. cały zespół Applicake został częścią nowej firmy – Base. Zmieniła się skala. Biuro w Polsce i w Stanach, międzynarodowy zespół, nowe wyzwania. Cały czas miałam poczucie, że jeszcze tyle przede mną do zrobienia, tyle do nauczenia się.

W Base były dwie naczelne zasady, na których zbudowana była kultura organizacyjna: Impact oraz Ownership. Zmienialiśmy świat sprzedaży (produkt Base był wielofunkcyjnym systemem do zarządzania procesem sprzedaży), do naszej pracy podchodząc jak do czegoś, co od początku do końca jest nasze; każdy z nas był jak taki mikroprzedsiębiorca działający w jednej dużej organizacji. Samodzielność myślenia i decydowania, wnikliwe analizowanie, strategiczne działania, odpowiedzialność. Z perspektywy czasu wiem, że tamten okres zadecydował o tym, że dziś mam swoją firmę i rozwijam swoją działalność.

Nomen omen, całkiem niedawno przypomniałam sobie, że na rozmowie, którą każdy z nas odbył przy przechodzeniu do Base, zapytana o to, gdzie widzę siebie za 10 lat (jedno z tych typowych pytań rekrutacyjnych) powiedziałam – będę miała swoją szkołę jogi (!!!)

W tamtym okresie diametralnie zmieniło się moje życie prywatne. Wyszłam za mąż, zaczęłam myśleć o dziecku. Poznałam niesamowitego człowieka, który żył zupełnie inaczej niż ja. Żył wolniej. I bardziej się tym życiem cieszył. Doceniał to, co ma i nie dążył za wszelką cenę do czegoś innego. Był szczęśliwy.

A we mnie narastało coraz bardziej napięcie. Miałam cały czas poczucie, że jestem niewystarczająco dobra, że muszę się cisnąć, bo o to przecież w życiu chodzi – żeby być coraz lepszym. Byłam twarda i ambitna. W pracy – konkretna, super zorganizowana, ogarnięta. W domu – coraz bardziej agresywna, coraz częściej wybuchałam złością.
Myślę, że byłam wtedy straszną zołzą 😉

Poszłam na terapię, która trwała 5 lat.

Przez cały ten czas była ze mną joga. Z przerwami, ale była. Czasem te przerwy były ode mnie niezależne – wypadek na rowerze i złamana ręka, trudne miesiące po urodzeniu dziecka. Czasem odchodziłam od jogi, trochę na nią obrażona. W czasie, gdy najbardziej się cisnęłam w pracy – zostawiłam jogę dla crossfitu (bo tam miałam szybkie efekty!). Ale na szczęście szybko wróciłam.
Im więcej intelektu próbowałam zaaplikować do praktyki jogi, tym było mi trudniej. Musiało minąć wiele godzin na macie, zanim zaczęłam sobie ufać. Zanim zaczęłam widzieć w tym drogę, a nie cel. Od pracy z ciałem, od asan, przyszła praca z umysłem. Zaczęłam poznawać pranajamę, techniki koncentracyjne. Potem przyszła medytacja.

Myśl o tym, żeby uczyć jogi była ze mną długo. W zasadzie już rok po moich pierwszych zajęciach pojawił się pomysł, żeby zostać nauczycielem jogi. Zaczęłam kurs nauczycielski u Maćka Wieloboba. Pamiętam, że frustrowało mnie trochę, że on tyle ma trwać (2-3 lata) i pamiętam rozmowę z Maćkiem o tym, że nauczycielem się nie zostaje, ale się nim staje, że to jest długi proces. Kursu w Pracowni Maćka nie skończyłam. Przerwało go urodzenie mojej córki i depresja poporodowa. Wtedy odeszłam od jogi na najdłuższy czas. I wtedy weszłam w najtrudniejszy dla mnie okres – całkowitej dekonstrukcji tożsamości.

Ostatnie 2 lata mojej pracy zawodowej to było narastające poczucie braku sensu. Łapałam się na tym, że przyglądam się sobie z boku myśląc o tym, jak totalnie bez znaczenia jest moja praca. Wstawałam do pracy z bólem brzucha i z niechęcią. Miałam dość ludzi, biura, komputera, świata online. Chciałam spędzać jak najwięcej czasu z moją małą córeczką, ale jednocześnie chciałam robić karierę. Marzyłam o długich wakacjach offline, ale byłam uzależniona od maila i social mediów. Myślę, że to był czas kiedy moja nowa tożsamość zaczynała już powoli kiełkować, ale stara – ciągle mocna – ze wszystkich sił spychała ją w kąt. Byłam totalnie rozbita.

Jak wisienka na torcie pojawiły się problemy ze zdrowiem. Nietolerancje pokarmowe, problemy ze skórą. Rajd po lekarzach i słyszane wszędzie “nie wiem co Pani jest i nie wiem, jak Pani pomóc”.

W lipcu 2018 roku postanowiłam odejść z pracy. I nie szukać nowej. Postanowiłam dać sobie rok. To miał być mój sabbatical – rok bez pracy zawodowej, za to z nauką i rozwojem. Z szukaniem pomysłu na siebie. Dostałam ogromne wsparcie od mojego męża, który dał mi zielone światło i przestrzeń na tę decyzję. Powiedział: damy sobie radę.

Zrobiłam długi wydech.

Przestałam od siebie wymagać. Zajęłam się życiem. Pierwsze kilka miesięcy to były nieustające wakacje. Miałam czas na wszystko! Na spanie, czytanie, na jogę, na gotowanie, na rozmowy, na bycie, na obecność. Zaufałam, że wszystko jest dobrze i że wszystko będzie dobrze. Otworzyłam się na to, co przyniesie życie. I zaczęła się magia.

Moje życie wypełnili ludzie, wydarzenia, książki i rozmowy, które były totalnie po coś. Przychodziły do mnie rzeczy dokładnie wtedy, kiedy miały przyjść. To były cudowne “niezbiegi okoliczności” (dziękuję Aga, za to określenie!) – wszystko działo się samo i działo się tak, jak miało się dziać. Czułam się jak małe dziecko, które jest pod najlepszą opieką.

Kilka miesięcy od tamtego dnia zaczęłam swój kurs nauczycielski u Basi Lipskiej-Larsen w Yoga Academy w Poznaniu. I po raz pierwszy stanęłam na macie jako nauczyciel. Napisałam projekt, na który dostałam dotację i w maju 2019 roku założyłam swoją firmę: Dorota Lipczyńska Meraki.

Meraki, to greckie słowo, które zobaczyłam na ścianie kawiarni w Las Palmas, gdzie spędzaliśmy wtedy długie wakacje. Oznacza robienie czegoś z pasją, z serca, z ogromną radością. Meraki to moja joga.


Moja droga od pierwszych zajęć jogi do pracy jako nauczyciel jogi i prowadzenia swojej firmy trwała 10 lat. Nie jest to historia wielkich zmian zrealizowanych z rozmachem i z pompą. Taka z gatunku “rzuć wszystko i jedź w Bieszczady!” czy “Jedz, módl się, kochaj!”. No nie. To był długi i trudny proces. I dużo w nim momentów, o których nie napisałam, bo to po prostu za trudne. To jest historia o tym, jak boimy się iść za sercem, jak zagłuszamy głos, który czasem całkiem wyraźnie nam podpowiada co jest “nasze”. Albo jak zagłuszają go w nas inni (bo przecież pracę trzeba mieć taką, która daje dużo kasy / władzy / prestiżu – tylko taka praca się liczy).

Moja 4,5 letnia córka powiedziała do mnie ostatnio – “Mamo, jak będę duża to też chce mieć pracę, którą kocham. Bo w życiu nie chodzi o pieniądze przecież, ale o miłość i o to, żeby być szczęśliwym.

Photo by Danielle MacInnes on Unsplash

Dorota Lipczynska

Dorota Lipczynska

Przeczytaj także

Skomentuj

Newsletter

Zapisz się na mój newsletter, żeby raz w miesiącu dowiedzieć się o nowych zajęciach, warsztatach i wyjazdach. Dzielę się w nim również jogowymi (i nie tylko!) ciekawostkami. Jako bonus otrzymasz nagranie z wieczorną techniką relaksacyjną – do wypróbowania przed snem.

×
×

Cart

Namaste!

Dziękuję za zapisanie się na mój newsletter.

Jeszcze tylko potwierdź subskrypcję, klikając link w mailu, który właśnie poleciał do Twojej skrzynki mailowej.